„Jest takie miejsce w Nadleśnictwie Zdroje, gdzie rośliny są mięsożerne, a człowiek musi uważać żeby… nie wsiąknąć”. Tak oto Rezerwat Przyrody Torfowisko pod Zieleńcem zaprasza zwiedzających. Zachętą dla spragnionych niesamowitości, jednak przestrogą dla zuchwałych.
Ilekroć jestem w Dusznikach Zdroju, chętnie zaciągam tam swoich znajomych. Do rezerwatu dojechać można samochodem, rowerem lub pójść pieszo. Jest to prawdziwa perełka przyrodnicza w skali europejskiej. Powierzchnia rezerwatu wynosi 232 ha, a jego wiek ocenia się na 7600 lat. Jest to jedno z najstarszych torfowisk, jakie ukształtowały się w Sudetach po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia. Miąższość torfu w najgłębszych miejscach osiąga nawet 8,5 m!
Gdzieniegdzie, można dostrzec wręcz granatową szczelinę bez dna. Rezerwat został utworzony w trosce o zachowanie torfowiska wysokiego z udziałem kosodrzewiny, z bogatą i charakterystyczną roślinnością oraz ze stanowiskiem reliktowej brzozy karłowatej.
Sensację wśród zwiedzających, budzi rosnąca tu owadożerna Rosiczka długolistna – Drosera. Jej pokryte czerwonymi włoskami liście, wydzielają lepki śluz, którym przytrzymują zwabioną ofiarę, wydzielają enzymy trawienne i powoli wchłaniają jako odżywczy pokarm.
Rezerwat został przystosowany do zwiedzania poprzez wyznaczenie ścisłego szlaku turystycznego, budowę dwóch kładek, wieży widokowej i stworzenie ścieżki edukacyjnej. Warto nadmienić, że cała inwestycja ta została sfinansowana przez Nadleśnictwo Zdroje.
Główna droga przebiegająca przez torfowisko, zwane często Topieliskiem, zbudowana jest na drewnianych tratwach, płasko spoczywających na grząskim torfie. Także wieża widokowa, gdyby stała bezpośrednio na swych słupach, zagłębiłaby się niepostrzeżenie w torfową otchłań.
Wspomniane kładki – to drewniane chodniki wybiegające pętlowo w głąb jezior torfowych, porośniętych niskimi, pierwotnymi trawami, mchami i karłowatą brzozą. Wiosną jeziora pokrywają się białym puchem, który wydaje wełnianka pochwowa podczas kwitnienia. Całe to bogactwo dryfuje chybotliwie na niepewnym i chłonnym podłożu. W takim miejscu lepiej nie uruchamiać nadmiernie wyobraźni.
Mam własny powód, dla którego torfowisko pod Zieleńcem wywołuje u mnie dreszcz emocji… W czasach studenckich byłam w Zieleńcu na obozie sportowym. Wiadomo, że tam śnieg utrzymuje się najdłużej. Zjeżdżaliśmy więc na nartach w górze, choć na klombach niżej położonych miejscowości kwitły już tulipany.
Pewnego wieczoru, widząc w dole światła, z kilkoma koleżankami postanowiłyśmy zejść na herbatkę na przełaj z Zieleńca do Dusznik. Miasteczko zdawało się leżeć tuż u stóp masywu. Jednak nasza zuchwała wyprawa nieoczekiwanie przybrała charakter horroru. Stoki w niższych partiach rozmiękczone wiosną, stały się śliskie i nieoczekiwanie strome. Szybko zapadał zmrok, a wysoki las zasłaniał połyskujące wcześniej światła. Zaczęłyśmy ześlizgiwać się bezwiednie w dół, w jakieś ciemniejące czeluście. Zrozumiałyśmy, że sytuacja jest poważna i musimy się ratować. Czepiając się drzew, dowlokłyśmy się, każda z osobna, do koleżanki, która jako jedyna miała przy sobie zapałki. Trzymając się za ręce, ubłocone, przerażone, krok po kroku wciągałyśmy się z powrotem w górę. Przygoda skończyła się szczęśliwie, ale strach pomyśleć gdybyśmy na swojej drodze spotkały jakieś przykryte śniegiem bagienko lub choćby najmniejsze jeziorko torfowe.